Stanisław Meyer

Korporacja juku

Japończycy są szybko starzejącym się społeczeństwem. Socjolodzy alarmują, że jeżeli wskaźnik przyrostu naturalnego będzię utrzymywał się na obecnym poziomie, do roku 2050 Japończyków ubędzie o 27 mln. Drastyczny spadek liczby ludzi w wieku produkcyjnym będzie miał fatalne konsekwencje dla gospodarki i grozi rozsadzeniem systemu ubezpieczeń społecznych, tym bardziej, że Japończycy cieszą się najdłuższą średnią życia na świecie. Skutki ujemnego przyrostu już dzisiaj są widoczne w szkolnictwie. Japonia szczyci się jednym z najlepiej rozwiniętych i najbardziej egalitarnych systemów edukacji. Obowiązkowa nauka trwa dziewięć lat (sześć lat szkoły podstawowej i trzy lata gimnazjum), ale 97% młodzieży kontynuuje naukę w trzyletnich liceach, a 51% decyduje się później na wyższe studia (uniwersytety i dwuletnie college’e). Japonia posiada ponad 1200 wyższych uczelni, co jest nader imponującą liczbą. Tymczasem liczba osiemnastolatków systematycznie spada, przez ostatnie piętnaście lat obniżyła się z 2 mln do 1350 tys. (2005) i według danych szacunkowych do 2010 roku spadnie o kolejne dwieście tysięcy. Powstaje olbrzymia dziura, którą uczelnie nie wiedzą jak załatać. Środowisko akademickie straszy widmo likwidowania wydziałów i fakultetów, a nawet zamykania całych uczelni. Władze próbują reformować system edukacji, co nie jest proste z uwagi na jego rozrost i specyfikę.

Wbrew pozorom, japońskie uczelnie nie cieszą się zbyt dobrą opinią w świecie. Istnieje tu oczywiście wiele renomowanych uniwersytetów – by wymienić Uniwersytet Tokijski, Kyoto i Wasedę – jednak znakomita większość uczelni prezentuje przeciętny poziom, a przynajmniej nie taki, jaki by oczekiwać od tak rozwiniętego państwa, jakim jest Japonia. Zachodzi pytanie, czy w egalitarnym, rozrośniętym do granic możliwości szkolnictwie możliwe jest utrzymanie wysokiego poziomu. Młodzi ludzie niewątpliwie chcą zdobywać wyższe wykształcenie, co nie oznacza, że chcą się uczyć (i trudno tego od wszystkich wymagać). We współczesnych społeczeństwach trawionych „chorobą dyplomu” (Ronald Dore) liczy się przede wszystkim papier zaświadczający przed pracodawcą o jakichś kwalifikacjach. Japończycy są wyjątkowo podatni na tę chorobę. Niski poziom studentów odbija się na jakości kadry naukowej, tym bardziej, że system zatrudnienia na uczelniach słabo motywuje do pracy naukowej – pracownicy naukowi cieszą się podobnym statusem jak urzędnicy państwowi, mają zagwarantowane ciepłe pensje i są niemal nietykalni. System wyższego szkolnictwa jest przerośnięty, dławi się pieniędzmi i do tego jest skrajnie niekonkurencyjny. Jeszcze do niedawna szkoły nie musiały walczyć o studentów – to studenci walczyli o miejsce na uniwersytecie. Koniunkturę napędzał stale rosnący odsetek młodzieży udającej się na studia.

Co ciekawe, dynamiczny rozwój szkolnictwa wyższego przypadł na „straconą dekadę” lat 90-tych ubiegłego wieku, kiedy japońska gospodarka popadła w stagnację. Rząd długo nie chciał przyjąć do wiadomości, że to nie chwilowe załamanie koniunktury, ale głęboki kryzys wymagający strukturalnych reform. Uznano, że najlepszym rozrusznikiem gospodarki będą inwestycje w infrastruktę, na które władze lekką ręką wydawały biliony jenów. Skorzystały na tym nauka i edukacja. Państwo bez opamiętania sponsorowało liczne projekty badawcze, fundowało nowe instytuty naukowe, oraz sprzyjało zakładaniu nowych uczelni (142 uniwersytety w latach 1990-2000, w większości prywatne). Odsetek młodzieży studiującej skoczył wtedy z 36% (1990) do 49% (2000). Brak atrakcyjnych perspektyw jak i chęć przedłużenia sobie młodości skłoniła wielu absolwentów do przeczekania kryzysu i kontynuacji studiów. Liczba studentów na studiach magisterskich i doktoranckich wzrosła ponad dwukrotnie.

Tymczasem na rynku pracy wytworzył się olbrzymi niedobór robotników gotowych podjąć prace fizyczne, określane tutaj mianem 3K (kitsui – ciężkie, kiken – niebezpiecze, kitanai – brudne). Japonia zdaje się ignorować fakt, że jest skazana na imigrantów i gastarbeiterów. Myśl, że Japonia stałaby się krajem wieloetnicznym, jest dla wielu ludzi nie do zniesienia i dlatego rząd bardzo ostrożnie uchyla drzwi obcokrajowcom. Imigracja zarobkowa oficjalnie tu nie istnieje. Efekt? Coraz więcej dumnych posiadaczy dyplomów staje za taśmą produkcyjną w fabrykach, lub zasiada po drugiej stronie okienka pocztowego. Rynek pracy jest nieubłagalny i sprawia, że wartość dyplomu dewaluuje się.

Problem tkwi także, a może przede wszystkim, w mentalności studentów. Młodzi ludzie postrzegają bowiem uniwersytet nie jako miejsce, gdzie zdobywa się wykształcenie, lecz jako instytucję, która wystawia im papier otwierający drogę do przyszłej kariery zawodowej. Nauka spada na drugi plan, a studia uważane są za czas, kiedy młody człowiek ma się wyszaleć, zanim dostanie się w szpony korporacji i bez reszty poświęci niewolnicznej pracy. Cel chodzenia do szkoły średniej sprowadza się w dużej mierze do zdania egzaminów na studia. Dla wielu uczniów wyścig o indeks na renomowanej uczelni zaczyna się już w podstawówce, a Japończycy przyznają, że aby dostać się na studia, trzeba przejść przez piekło.

Zwykłe szkoły oczywiście nie są w stanie zapewnić dostatecznego przygotowania do egzaminów, dlatego uczniowie muszą dokształcać się w popołudniowych szkołach juku. Juku to olbrzymi biznes dający zatrudnienie setkom tysięcy ludzi i obracający miliardami jenów. W Japonii istnieje pond 50 tys. prywatnych szkół korepetytorskich. Niektóre to duże instytucje na kilkaset studentów, a inne to jednoizbowe szkółki. Osobną gałąź stanowią szkoły języka angielskiego eikaiwa – także niezwykle lukratywny biznes – oraz szkoły przygotowawcze do egzaminów na urzędników państwowych itp. Wszystkie te szkoły łączy jedno – wiara ludzi w autorytet instytucji. Juku stały się tak powszechne, że Japończycy nie wyobrażają sobie, aby ich dziecko mogło dostać się na jakiekolwiek studia bez uczęszczania na dodatkowe zajęcia. Wielu rodziców najmuje dodatkowo domowych korepetytorów – najczęściej studentów – których jedynym obowiązkiem jest dopilnowanie, aby ich pociecha odrobiła zadania domowe (studenci ci pomagają dzieciom w rozwiązywaniu testów z przedmiotów, o których sami często nie mają bladego pojęcia). Jak zauważył Paul Doyon, juku z założenia miały być instytucją wspomagającą młodzież w dostaniu się na dobrą uczelnię, ale paradoksalnie ich powszechność sprawiła, że przeistoczyły się w machinę wspierającą głównie średnie i mierne uniwersytety. Zamiast pomagać w realizowaniu ambicji ucznia, często schładzają jego aspiracje. Kandydat na studia zanim zadecyduje, na które uczelnie będzie startował, napierw przechodzi przez szereg testów w juku, które pozwalają mu oszacować wynik egzaminu wstępnego. Później kieruje się ich wynikami w doborze uczelni, choć przecież wyniki te niekoniecznie odzwierciedlają jego możliwości. I tak wiara we własne siły ustępuje wierze w liczby.

Jednym z najczęstszych argumentów krytyki wysuwanych pod adresem japońskiej szkoły jest to, że zabija wszelką indywidulaność. O ile dwadzieścia lat temu świat doszukiwał się w japońskim grupiźmie klucza do zrozumienia sukcesu gospodarczego Japonii, tak dziś widzi w nim przyczyny jej kryzysu. Oba argumenty budzą zastrzeżenia, jako że ocierają się o liczne stereotypy o japońskim społeczeństwie, niemniej obecny system szkolnictwa – przede wszystkim ciągły stres i przepracowanie uczniów – rodzi pewne patologie. Japonia notuje wysoki wskaźnik samobójstw wśród młodzieży, a szkoły gnębi plaga ijime (znęcanie się nad kozłem ofiarnym). System sprawdzał się czasach, kiedy społeczeństwo było na dorobku, ale dzisiejsze młode pokolenie, wychowane w dobrobycie i kulturze konsumpcjonizmu, nie jest już tak zainteresowane pomnażaniem majątku narodowego. Socjologów niepokoi wzrastająca ilość osób, które przedłużają sobie młodość i nie idą do pracy. Szkoła oferuje tylko jeden model kształtowania shakaijina (odpowiedzialnej osoby, gotowej podjąć obowiązki dorosłego życia), tymczasem coraz więcej młodych ludzi odrzuca go, w skrajnych przypadkach całkowicie wycofując się z życia społecznego i zamykając się w czterech ścianach pokoju (tzw. syndrom hikikomori).

Rząd doskonale zdaje sobie sprawę z potrzeby reformy szkolnictwa, próbuje to uczynić od kilkunatu lat – jak na razie z mizernym skutkiem. Odpowiedzią na niż demograficzny było uproszczenie egzaminów wstępnych, a wiele uczelni z własnej inicjatywy obniżyło poziom, aby przyciągnąć chętnych. Jednak takie działania w dłuższej perspektywie uderzają w najlepsze uniwersytety, które przecież opierają się na szerokiej bazie gorszych uczelni, gwarantującą naturalną selekcję najlepszych studentów i naukowców. Cały system można przyrównać do piramidy, z garstką świetnych uniwersytetów na jej szczycie i olbrzymią ilością miernych szkół u jej podstawy. Ambicją Japonii (jak i każdego państwa) jest stworzenie jak największej liczby uniwersytetów o światowej klasie, tymczasem okazuje się, że największą część funduszy na edukację pochłania spód piramidy. Dotyczasowe reformy służyły przede wszystkim jego utrzymaniu – często kosztem wyższych poziomów piramidy – jako że jest on największą i najsilniejszą częścią systemu, wspartą dodatkowo przez potężną korporację juku. Wydaje się, że o ile Japończycy nie zmienią głównych założeń szkolnictwa, które obecnie podporządkowane jest wyścigowi o indeks, a uniwersytety nie staną się bardziej konkurencyjne, sukces reform może stanąć pod znakiem zapytania. I prawdopodobnie nawiększym wyzwaniem będzie zmiana mentalności ludzi – ich wiary w absolutny autorytet juku.

Lekcja z Japonii jest następująca: dążenie ku powszechności i egalitaryzmowi grozi wytworzeniem przerośniętego systemu, którego szybko zaczynają trawić patologie. W obecnych czasach, kiedy jesteśmy poniekąd skazani na „chorobę dyplomu,” trudno oczekiwać, aby każda uczelnia prezentowała najwyższy poziom. Jest oczywiste, że nie da się wydawać środków na edukację w sposób równomiernie efektywny, część funduszy zawsze będzie pochłaniana przez gorsze uczelnie, a część wręcz „marnowana” (podobnie jak nie da się stworzyć orkiestry symfonicznej na światowym poziomie bez utrzymywania dziesięciu miernych orkiestr oraz wykształcenia rzeszy muzyków, którzy nigdy nie będą pracować w zawodzie). Jednak zbyt szybki rozrost struktury wyższego szkolnictwa nie gwarantuje efektywnego alokowania funduszy w jego rozwój.

Edukacja w Polsce usiłuje nadrobić zaległości ostatnich dziesięcioleci i obserwujemy dziś boom w szkolnictwie wyższym (430 uczelni!). Warto się zastanowić, czy tak szybki rozwój jest konieczny, zważywszy że Polskę także dotykają problemy demograficzne, choć nie na taką skalę jak Japonię. Na pewno w interesie państwa leży zapewnienie młodzieży równych szans w zdobyciu wykształcenia – przede wszystkim zasypanie przepaści pomiędzy miastem a prowincją – ale „równe szanse” i „dostępność” nie powinny oznaczać „łatwość.” Brzmi to jak banał, ale chodzi o to, aby jakość nie przeszła w ilość, a uniwersytety nie przemieniły się w fabrykę dyplomów.

Korzystałem z artykułu Paula Doyona "A Review of Higher Education Reform in Modern Japan" (Higher Education, Vol. 41, No. 1, 2001).

Dane statystyczne:
Ludność Japonii: http://www.stat.go.jp/data/nenkan/pdf/yhyou02.pdf
Wskaźnik procentowy młodzieży idącej na studia: http://www.miraikan.go.jp/toukei/002/statistics/data/pdf/p2-27.pdf
Ilość szkół wyższych:
http://www.stat.go.jp/data/nenkan/zuhyou/y2201000.xls
Liczba studentów: http://www.stat.go.jp/data/chouki/zuhyou/25-09.xls
Liczba studentów studiów doktoranckich: http://www.stat.go.jp/data/chouki/zuhyou/25-10-b.xls
Liczba studentów studiów magisterskich: http://www.stat.go.jp/data/chouki/zuhyou/25-10-a.xls


Luty 2008 (wersja uzupełniona z marca 2007).